Tulenie do snu - historia zwykłej mamy

Mam jedno dziecko, córeczkę. Przed jej narodzinami poważnie podeszłam do przygotowań – oprócz kompletowania wyprawki, poduczyłam się. Poczytałam. „Język niemowląt” Tracy Hogg na przykład przeczytałam. I chylę czoła przed autorką, bo stała się dla mnie przewodnikiem w pierwszych tygodniach rodzicielstwa, kiedy niczego nie byłam pewna, niczego nie rozumiałam i bardzo potrzebowałam porady i wsparcia. Dzięki tej książce spojrzałam na wrzeszczący tłumoczek jak na małe istnienie pełne sensu.


Czas mija szybko…


Moją prawie roczną córkę postanowiłam nauczyć zasypiania w łóżeczku (normalnie, czyli na co dzień zasypiała na sofie obok łóżeczka, potem ją – śpiącą już, przenosiłam). Naukę przeprowadziłam zgodnie ze wskazówkami z książki: towarzysz, pocieszaj, nie ustępuj. Efekt był zatrważający – 1,5 godziny płaczu małej, pod koniec już także mojego… Horror.
Tym razem Tracy Hogg zawiodła. Nigdy więcej nie spróbowałam stosować się do jej wskazówek odnośnie zasypiania. Jeśli jakaś mama prosi mnie o radę w tej kwestii, mówię: „Posłuchaj własnego instynktu! Nie podpowiedzi cioć, babć, czy innych specjalistów.” Po co robić coś wbrew sobie? Żeby mieć „dziecko z poradnika”? Bez sensu, prawda?


Moja córka ma prawie dwa latka, zasypia najczęściej w moim towarzystwie. Po kąpieli siedzimy razem, trzymam jej główkę na kolanach, głaszczę. Opowiadamy sobie mijający dzień w formie bajki (wszystkie „dzienne” przygody Natalki przeżywa wieczorem Mały Kotek). Śpiewam kołysanki. Czasem trwa to godzinę. Czasem nie mam cierpliwości... Ale najczęściej, siedzę sobie w ciemnym, cichym pokoju z moim dzieckiem i czuję jak mija czas. Czuję jak kończą się kolejne etapy naszej wspólnej przygody.


Żaden dzień się nie powtórzy, dlatego całuję i tulę moje dziecko do snu, ile tylko mogę. Chcę dać jej w ten sposób pigułkę energii, radości, wiary w siebie. Wierzę, że to lepsze niż witaminy w formie misio-żelków. Wierzę, że te chwile szczęścia i bliskości są skarbem. I jej i moim. Naszym. Na kolejne dni i lata.

 

Monika, mama Natki (20 miesięcy)

 

Dodaj komentarz

Dodaj komentarz

This is a captcha-picture. It is used to prevent mass-access by robots. (see: www.captcha.net)
Przepisz kod z obrazka:
Twoje imię:
Komentarz:
 
Wasze komentarze:
Ela - 16.04.2010 12:40:47
No, i się rozpłakałam na końcu :). Bo jakbym czytała własne myśli.

Ja nabyłam ,,Język niemowląt" po 8 miesiącu, nie wiem, po co - chyba chciałam przedobrzyć, bo od pierwszych zdań w tej książce nie czułam się z nią komfortowo. Do tej pory wystarczył mi instynkt - nie byłam w szkole rodzenia, nie czytałam poradników ani książek, nie czułam takiej potrzeby, choć o dziecku myślałam nieustannie; robiłam skarpety na drutach i słuchałam łagodnych dźwięków, bo wszystkie inne - wcześnie lubiane - stały się dla mnie/nas za trudne. Po porodzie robiłam wszystko instynktownie i pewnie, że popełniałam drobne błędy, jasne, że nie zawsze miałam pewność, że postępuję właściwe, ale szybko się uczyłam. Nosiłam córę w chuście - z założenia, bo lat, nie pamiętam już ile wcześniej, urzekało mnie jakieś indiańskie plemię, w którym dziecko na plecach nawet do 5 r. ż. [pewnie z powodu własnej tęsknoty za takim kontaktem, wynoszeniem i wyprzytulaniem].

Dziękuję za ten list - postaram się już nigdy nie przedabrzać i zawsze słuchać siebie, bo rodzic nie ma być ideałem [co to właściwie znaczy??], ma być, jak ja to nazywam, kompatybilny ze swoim WŁASNYM dzieckiem.

A zatem... miłości, czułości i duużo instynktu :)!