Opatrunek na rany
Krzyś był wytęskniony, kochany jeszcze zanim się począł. Wytęskniony, choć nie czekaliśmy na niego długo.
W ciąży, poza drobnymi problemami i zagrożeniem przedwczesnym porodem, wszystko przebiegało świetnie. Każde usg mówiło: dziecko bez wad wrodzonych. A jednak...
Synek urodził się z bardzo poważną, śmiertelną wadą jelit, której, niestety, nie jest w stanie wykryć najlepsze nawet usg, bo w badaniach prenatalnych jelita są po prostu prawie niewidoczne ze względu na ich strukturę. Zabrano go ode mnie, unieruchomionej po cesarskim cięciu, kilka godzin po urodzeniu. Nie mogłam go nakarmić, gdyż w odległej o kilkadziesiąt kilometrów klinice miał być podłączony natychmiast do kroplówki. Potem szybka, ratująca życie operacja, oddział intensywnej terapii i patologii noworodka, brak możliwości stałego przebywania z dzieckiem. W perspektywie najbliższego roku dwie kolejne operacje, po których dziecko ma być już zupełnie zdrowe. Tymczasem syn przez trzy tygodnie daleko, w obcym mieście, my tutaj, w domu, niemogący go co dzień odwiedzać ze względu na dużą odległość.
Tego czasu nie zapomnę, czułam się, jakby mi ktoś ukradł dziecko. Trzy koszmarne tygodnie. Wreszcie powrót do domu. Trzy dni później znów lądujemy w klinice. My musimy wracać do domu, synek zostaje tam zupełnie sam przez cały weekend.
Wreszcie uznano – może wrócić do domu na dobre.
Przed porodem marzyłam o karmieniu piersią, zdecydowana zrobić wszystko, by karmić swoje dziecko. Przez trzy tygodnie, te trzy tygodnie bez dziecka, nastawiałam budzik co dwie godziny, odciągałam mleko i wylewałam je do zlewu. Syn miał w tym czasie żywienie pozajelitowe, a ja koniecznie chciałam wywołać i utrzymać laktację. Gdy wyszedł z kliniki, był już po kilku dniach karmienia butelką. O ssaniu piersi nie było mowy. Uparłam się. Kupiłam kapturki. Z założenia mają one funkcje chroniącą brodawki, dla nas były po prostu smoczkami na pierś. Synek jadł na żądanie, ja nie stosowałam żadnej diety, na kontroli w klinice po kilku dniach orzeknięto: „całkiem inne dziecko, wygląda jak pączek w maśle”. Karmiłam dalej, nosząc wszędzie ze sobą kapturki. I tak przez osiem miesięcy. Miałam kapturków dość, próbowałam ucinać ich czubki, by stopniowo moje dziecko nauczyło się obywać w ogóle bez tego silikonu. Bolało, a efektów nie było. Pewnego dnia mój osmiomiesięczniak był wyjątkowo głodny. Nie zdążyłam wyciągnąć z szuflady kapturka, a on: cap! I już jadł! Jadł w ten sposób jeszcze długo, bo aż do swoich drugich urodzin. Dziś ma już ponad dwa lata, a często wciąż lubi się przytulać do piersi. Przeszedł w pierwszym roku swojego życia jeszcze dwie operacje, po każdej z nich kilka lub kilkanaście dni musiał być karmiony jedynie dożylnie. Na szczęście mogłam z nim już leżeć w szpitalu, który dopuszczał taka właśnie możliwość mojej obecności. Dziś synek jest zupełnie zdrowy i – w przeciwieństwie do większości dzieci po operacjach jelit, nie musi przestrzegać żadnej diety, nie choruje, ma ogromna odporność i – co najważniejsze – mam wrażenie, ze nie odczuwa na sobie emocjonalnych skutków tych bolesnych pierwszych trzech tygodni oddzielenia od mamy. Bardziej chyba ja to pamiętam i przezywam niż on sam.
To jednak nie koniec mojej przygody z rodzicielstwem bliskości. Gdy Krzyś miał nieco ponad dwa miesiące, niemożliwym nagle stało się odłożenie go po nakarmieniu choćby na sekundę. Byłam tym zmęczona, przerażona, nie wiedziałam, czy to fizjologia, czy coś niepokojącego. Jedna z internetowych znajomych powiedziała wtedy: „spróbuj chusty”. Spróbowałam. Wózek poszedł w kąt i od tamtej pory już w nim nie woziłam dziecka. Miałam posprzątane mieszkanie , ugotowany zawsze obiad, dziecko z zaciekawieniem przyglądające się wszystkiemu i robiące wszystko ze mną. Kiedy syn stał się już samobieżny, często lubił mi dalej wskakiwać na plecy, gdy się zmęczył albo po prostu po to, by być blisko. Robi to zresztą do dziś. Jest dzieckiem ufnym, śmiałym , lubiącym biegać, gadatliwym ponad normę, według zgodnych opinii kilku osób, w tym specjalistów, rozwiniętym intelektualnie i fizycznie ponad swój wiek.
W pierwszym, najważniejszym okresie swojego życia, w dużym stopniu był sam. Pamiętam więc, jak bardzo jako młoda mama bałam się, że będę dla niego kimś obcym. Dziś nikt, kto nas nie zna, nie wierzy nam, że syn przeszedł tak trudną drogę i tak wiele operacji, o których teraz świadczą już tylko ledwo widoczne blizny na ciałku. Teraz jest ponaddwulatkiem. Nie zawsze ma to, czego chce, ale zawsze ma to, czego potrzebuje, przede wszystkim ciepło i obecność mamy i taty, także w środku nocy, jeśli akurat ma taką potrzebę. Nie wiem, jaką rolę w tym leczeniu emocjonalnych ran po operacjach i samotnym pobycie w szpitalu, miało i ma nasze praktykowanie rodzicielstwa bliskości, a jaką – wrodzone cechy charakteru naszego dziecka (upór ma po mamie i tacie, co tu dużo kryć). Jedno – tak czy inaczej – jest pewne. Warto karmić, nosić i tulić. Nie tylko ze względu na wymierne charakterologiczne korzyści dla dziecka. Tak zwyczajnie, po ludzku – to tez po prostu wciąga, daje satysfakcję. Gdy to piszę, znów mam ochotę zawiązać na swoich plecach mei tai i włożyć do niego synka. Wiem, ze ucieszyłby się. Musi na to poczekać jednak jeszcze dwa miesiące. Bo teraz właśnie w brzuchu mamy dorasta kolejny mały Przytulak, więc chwilowo noszenie ciężarów, nawet słodkich, jest niewskazane. Z lubością za to Krzyś nosi swoje misie w szalikach niczym w chustach.
A wózek stoi od, hmmm, dwu lat i dwu miesięcy, złożony, zakurzony w kącie. I już wiem, że po porodzie go nie wyciągniemy. Bo po co?
Agnieszka, mama 28-miesięcznego Krzysia i Wojtusia (32 tydzień ciąży)
