O Rodzicielstwie Bliskości


Czym jest Rodzicielstwo Bliskości?

Twórcą terminu jest pediatra Wiliam Sears określający poniższą metodę jako attachment parenting, a w tłumaczeniu na język polski rodzicielstwo więzi, naturalne, towarzyszące, bliskości.

Wiliam Sears uważa, że nie jest to jakaś nowa metoda wychowywania dzieci. Jest to instynktowne słuchanie własnego dziecka, niezakłócone poprzez „dobre rady” rodziców i teściów, poradniki, prasę. Niestety wielu z nas jest nieświadomie pozbawiana wiary we własne rodzicielstwo poprzez traktowanie już w okresie ciąży dziecka jako przypadku medycznego. Jednocześnie ciąża, poród i pojawianie się niemowlęcia w naszym życiu daje nam niesamowitą okazję do pokonania własnych zachamowań i strachu przed przejęciem odpowiedzialności za wychowanie naszego dziecka. Sears wyróżnił czynniki, które tworzą tę więź. Jest to zaspokojenie potrzeby bliskości, potrzeby bezpieczeństwa i obopólnej komunikacji.

Wielu rodziców stosuje tę metodę nie zdając sobie z tego sprawy.

 

Przeżyłam kiedyś jako dziecko taką sytuację:

Bawiłam się z siostrą na podwórku. Mieszkaliśmy w będącym na ukończeniu budowy domu. Wokół pełno było niebezpiecznych miejsc. Wiedziałam, że nie można wchodzić na wielką stertę drewna, ale kto z nas nie czuł tej nieodpartej pokusy zrobienia czegoś czego nie wolno? A pozatym rodzice często uzywali słów i zwrotów typu: „zrobisz sobie krzywdę, nie wolno, nie pozwalam”. To nie znaczyło dla tak małego dziecka, jakim wtedy byłam nic konkretnego. Weszłam. Spadłam. Zdarłam sobie łokieć i ogólnie sie potłukłam. Piekło i bolało. Z płaczem poszłam do zajętej gotowaniem obiadu mamy.

Mama była bardzo zła. Krzyczała, że przecież powinnam była wiedzieć, że tam się nie wchodzi.

To bolało bardziej niż zdarte i krawaiące ranki czy potłuczone gnaty.

Chciałam, żeby mama przytuliła, powiedziała coś pocieszającego.

Jak wielu z nas ma za sobą podobne przeżycia?

Wspomnienia podobnych sytuacji, gdzie świat zewnętrzny nas skrzywdził (nie tylko fizycznie, ale też emocjonalnie), a najbliżsi nie zareagowali współczuciem lecz złością?

Rodzicielstwo bliskości to najogólniej budowanie poczucia bezpieczeństwa w stosunkach rodzic-dziecko. Niejako „nauczenie”, że ze wszystkim można do rodziców przyjść i zostać wysłuchanym bez krzyków, pretensji i złości z ich strony.

To szacunek w obie strony. Dawanie sobie prawa do emocji (również tych złych) i wyrażania ich w mądry sposób. To „czytanie” dziecka, jego potrzeb i odpowiadanie na te potrzeby.

To uspokajanie, tulenie czy głaskanie płaczącego dziecka, a nie zostawianie go w żalu, bólu czy strachu w ciemnym pokoju sam na sam z tymi wielkimi złymi uczuciami.

Pewnie nie raz słyszeliście, że Wasze podejście do dziecka jest zbyt „miękkie”, bo:

- zamiast nauczyć niemowlę samodzielnego spania zabieracie je do Waszego łóżka,

- rozmawiacie z Waszym maluszkiem, pytacie o zdanie,

- odpowiadacie natychmiast na płacz, krzyk Waszego dziecka zamiast dać mu się wypłakać,

- i o zgrozo! nosicie Waszego niemowlaka na rękach!

Robiąc to, co podpowiada Wam instynkt (i empatia) stwarzacie dziecku najlepsze podstawy, aby szybko stało się samodzielne właśnie. Udowodnione jest, że dzieci wychowywane w bliskości z rodzicem stają się szybko samodzielne, ponieważ czują, że w razie niepowodzenia zawsze mogą przyjść do mamy czy taty. Takie poczucie jest ważne przez całe życie, nie tylko w przedszkolu czy szkole, ale również w dorosłym życiu. Czy dziś potrafisz iść do rodziców ze wszystkim? Jeśli tak, jesteś szczęściarzem. Niech Twoje dziecko również nim będzie.

Rodzicielstwo bliskości to również uczenie jak radzić sobie z negatywnymi uczuciami, jak strach, złość czy ból.

To, że czujemy strach jest jasne jak słońce. Nasze maleńkie dzieci również go czują. Jeśli damy im do tego prawo, to już połowa sukcesu. Drugą połową jest nauka akceptacji złych emocji i sposbów rozładowania ich. To jest jak stworzenie schematu postępowania w sytuacjach stesujących, których w późniejszym życiu nie zabraknie.

Nie uchronimy dziecka przed złem otaczającego świata, ale możemy je nauczyć sobie radzić w trudnych momentach.

Gdy zostawiamy płaczące niemowlę w łóżeczku, czego tak naprawdę uczymy? Chyba tego, że w razie niebezpieczeństwa nie powinno nas wzywać, bo i tak nie przyjdziemy. Chyba nie na tym nam zależy. Rzeczywiście po jakimś czasie dzicko już nie płacze, ale nie dlatego, że nauczyło się samo zasypiać, czy zabawić, ale własnie dlatego, że oduczyło się wołania na pomoc rodziców.

Chyba lepiej byłoby zapewnienie bezpieczeństwa poprzez chęć dojścia do źródła strachu, które często dałoby się wytłumaczyć. Oswojenie złych emocji pomaga, ale czasem trzeba pomóc dziecku poradzić sobie z czymś na co nie mamy wpływu zwykłym: Wiem, że jesteś zły, ale nie wszyscy ludzie są dobrzy. W życiu będziemy spotykać tych dobrych i tych złych. Na szczęście tych pierwszych jest więcej.

 

Joanna