Nie taki diabeł straszny… Czyli mama wraca do pracy
Hm… Tak chciałoby się powiedzieć nie taki diabeł straszny. Ale nic z tego. Bo przecież oddanie dziecka do żłobka (pod opieką babci, opiekunki itd.) to nie jest ot tak, jak wyrwanie zęba i po bólu. Zawsze wiedziałam, że maluch koniec końców w żłobku będzie, a ja w pracy, ale…
Zacznijmy od początku. Najpierw przez dziewięć miesięcy nosisz swój skarb pod sercem, jesteście tylko WY, no dobra – ojcowie też, ale mi chodzi o wymiar emocjonalno-biologiczny. Tak więc jesteście WY, później, gdy wasz szkrab już na świat zawita, przez kolejnych kilka miesięcy też tylko WY (ojców proszę o wyrozumiałość). Jesteście razem, w dzień i w nocy, aż nadchodzi TEN DZIEŃ. Dzień, w którym musicie wrócić do pracy. A maluch? No właśnie: maluch do żłobka, do babci, do opiekunki. Na pewno jest cały ten czas bez WAS.
Tak było i u mnie. Miałam co prawda tę możliwość, by przez tydzień przeprowadzić aklimatyzację dziecka (ha, ha, ha, jasne: dziecka, to była MOJA aklimatyzacja!). Przez tydzień Młoda prowadzana, a raczej noszona, do żłobka na kilka godzin. A ja? Cóż, wracałam do pustego domu, chodziłam z kąta w kąt i tęskniłam.
Tak, wiem. Mogłam sobie odpocząć, zająć sobą. ALE JA NIE CHCIAŁAM ODPOCZYWAĆ. Chciałam mieć Małą przy sobie i już. Średnio co trzy minuty (to i tak lepiej niż co trzy sekundy) sprawdzałam telefon, czy ze żłobka mam jakąś wiadomość. Gdy tylko dostałam SMS-a, że wszystko dobrze, uspokajałam się trochę i czekałam na kolejne wieści.
Najfajniejsze były powroty. Przychodziłam dużo przed umówioną godziną. Motałam Młodą i wracałyśmy razem powolutku, spacerkiem do domu.
No, czyli Młoda świetnie się czuła i czuje w żłobku. O moim samopoczuciu nie można tego powiedzieć.
Tak, tak już słyszę, że dziecku tam dobrze, że sobie odpocznę, że przecież trzeba się rozwijać (chodzi o pracę). Ale mam to gdzieś, przynajmniej na ten moment, i pewnie za miesiąc też tak będę mówiła(?).
Minął tydzień. Powinnam się już przyzwyczaić, a tu nic z tego. Instynkt, natura, co tam chcecie, wygrywa.
Teraz już siedzę w pracy. I jest o tyle gorzej, że nie mogę sobie w dowolnym momencie wyjść i iść do Małej w odwiedziny. Musze siedzieć bite siedem godzin.
Skupienie się w pracy, zajęcie czymś konstruktywnym… A CO TO JEST?!
I wiecie co… Mam gdzieś, co ktoś powie, że taka kwoka ze mnie i że działam irracjonalnie, bo przecież maluchowi jest dobrze. BO JA MAM PRAWO DO TEGO, BY TĘSKNIĆ.
Oki, pierwszy dzień pracy już poza mną. Pracy, ha, ha, ha. Oczywiście. Co KAŻDA MAMA ma na pulpicie komputera? No jasne, że fotkę swojego maluszka, a co KAŻDA MAMA robi w pracy? Ogląda zdjęcia swojego skarbu. I odlicza godziny do wyjścia, patrząc na zegar.
Dokładnie to samo i ja robiłam.
Za to w domu… Przytulaniu nie było końca.
I wiecie co? Pewnie kiedyś przywyknę do tego, że Młoda w żłobku, a ja w pracy. Ale nigdy nie przywyknę do tego, że nie jest ze mną. I z całą pewnością będę tęskniła i starała się „wynagrodzić” rozłąkę, tuląc, bawiąc się i nosząc.
Maria, mama 6 miesięcznej Lidki

Dodaj komentarz