Moje "mamowanie"
Początki mojego macierzyństwa były trudne. Dominik ciężko zniósł poród, ja zresztą też. Trudno było mi cieszyć się z bycia mamą. On płakał, a ja razem z nim. Wydawało mi się, że to wszystko mnie przerosło, że jest za trudne. A ja nie bardzo umiem odnaleźć się na gruncie rodzicielstwa. Do tego przerażała mnie sprawa wychowywania mojego dziecka. Moja mama, z wykształcenia i zawodu pedagog, często w radach udzielanych innym rodzicom powtarzała, że dziecko wychowuje się od pierwszych dni. Miałam w pamięci jej słowa, lecz trudno mi było się do nich odnieść.
Pierwszą próbę przeszłam w szóstej dobie życia Dominika. Pojechałam wówczas z mężem do szpitala na zdjęcie szwów, a mama została z synkiem. Gdy wróciliśmy do domu, usłyszałam, jak zdawała relację z czasu naszej nieobecności mojemu mężowi: Dominik obudził się i zaczął płakać, ale ja pogłaskałam go tylko po policzku i nie wyjmowałam z łóżeczka, żeby nie nauczył się, że jak tylko zapłacze, to będzie brany na ręce. Te słowa pamiętam do dziś, chociaż Dominik ma już czternaście miesięcy. Bardzo mnie zabolały, bo uświadomiłam sobie wówczas, że ja tak właśnie byłam wychowywana. Ten sposób traktowania dziecka poznałam, gdy Dominika nie było jeszcze na świecie. Jednak zupełnie nie przystawał do tego co czułam teraz, będąc już matką. Tworzenie dystansu między mną a dzieckiem od pierwszych dni jego życia, kłóciło się z tym, co podpowiadało mi serce.
Borykałam się z tymi "dobrymi radami" i własnymi uczuciami. Moje rodzicielstwo z każdym dniem było coraz trudniejsze, bo pełne sprzeczności. Tuliłam bez przerwy mojego synka, nosiłam go bardzo często, karmiłam, gdy tylko poszukiwał piersi, zaspokajałam jego potrzeby zaraz po tym, jak je zakomunikował. Czułam z jednej strony, że nasza trudna początkowo relacja staje się coraz bliższa. Jednocześnie słyszałam głosy z zewnątrz, że daję dziecku wejść sobie na głowę, że go rozpieszczam, nie wychowuję. Moje serce mówiło mi jednak, że jest dobrze. Zresztą synek, który z dnia na dzień robił się coraz bardziej radosny, też.
Znalazłam kiedyś na jednym z forów internetowych wypowiedzi mam, które pisały, że zaspokajanie potrzeb dziecka jest podstawą jego prawidłowego rozwoju. Nie ma ono nic wspólnego z „wchodzeniem rodzicom na głowę”. Po przeczytaniu tych słów poczułam ulgę. Odkryłam wówczas, że bycie mamą nie musi być męką, że wystarczy wsłuchać się w siebie i zaufać intuicji. Od tej pory moje macierzyństwo nabrało lekkości i kolorowych barw. Przestałam słuchać rad, a coraz bardziej wsłuchuję się w siebie. Czytam też różne książki i artykuły o budowaniu więzi, o kształtowaniu relacji, o bliskości, o macierzyństwie. Wybieram z tego, to, co zgadza się z moim spojrzeniem na wychowanie Dominika.
Zaspokajanie potrzeb dziecka wiąże się też ze stawianiem mu granic. Nie robię jednak nic na siłę. Staram się, żeby były one naturalne i wynikały z sytuacji, które niesie życie. Gdy na przykład gotuję obiad, a Dominik chce akurat się przytulić. Musi zaczekać, aż skończę np. obieranie ziemniaka i umyję ręce, żeby go wziąć. Ja nie każę mu czekać w nieskończoność „dla zasady”, a on doświadcza „oczekiwania” na zaspokojenie potrzeby w sposób naturalny. W dawce dostosowanej do jego wieku. Nie stwarzam sztucznego dystansu „na zapas” z obawy przed dzieckiem. Jest mi z tym dobrze i Dominikowi zresztą też.
Niedawno rozmawiałam z moją mamą, która powiedziała, że jak patrzy na moje mamowanie, to mi zazdrości. Jak ona stawiała w tej dziedzinie pierwsze kroki, to wszyscy mówili jej, żeby zachować dystans i nie nosić za wiele. Radzili być surowym i stanowczym od samego początku i nie dać się sterroryzować płaczem. Patrząc jednak na nasze relacje z Dominikiem, widzi ile straciła. Jak bardzo poraniła swoje macierzyństwo.
Czy moje „metody wychowawcze” uważam za swój sukces? Nie. Moim sukcesem są mój kochany mąż i synek. Staram się dawać im tyle miłości, ile potrafię.
Krysia, mama Dominika (14 miesięcy)
