Moja walka o karmienie piersią

Od początku mojego myślenia o macierzyństwie byłam przekonana o tym, że będę karmić piersią. Taki wzór miałam z rodziny i środowiska – w zasadzie nie brałam pod uwagę innej możliwości. Niestety, nie brałam też pod uwagę trudności, jakie mogę napotkać…

Moje karmienie piersią od początku było trudne i naznaczone cierpieniem. Dziecko pięknie przyssało się zaraz po urodzeniu, jednak już drugie karmienie wiązało się z dużym bólem. Prosiłam o pomoc położną w szpitalu, która stwierdziła, że dziecko ładnie ssie i że to zawsze na początku boli. Przez cały tygodniowy pobyt w szpitalu prosiłam o pomoc i ulżenie w bólu jeszcze kilkakrotnie – położne nawet nie oglądając brodawek mówiły, iż to musi boleć i jedyną radą na to jest wietrzenie i smarowanie swoim mlekiem. Wietrzyłam, smarowałam – ból nie mijał, a nawet stawał się coraz silniejszy.
Pobyt w szpitalu wiązał się z jeszcze jednym „stresem laktacyjnym”. Otóż pediatra opiekująca się moim dzieckiem była (jak zresztą większość szpitalnego personelu) zwolenniczką tzw. dokarmiania. Sztuczne mleko dostawały prawie wszystkie noworodki na oddziale – bo płakały, bo słabo przybierały, „bo na pewno głodne”. Byłam jedną z niewielu matek, która przeciwstawiała się temu zjawisku. Pokarmu miałam pod dostatkiem, chwilami myślałam, że i dwójkę bym wykarmiła. Mój synek jadł dużo, jednak z powodu żółtaczki nie przybierał szybko na wadze, ponadto urodził się duży i miał spory spadek wagi. Pediatra na każdym obchodzie straszyła, że dziecko nie przybiera, że zbyt mało je karmię, że jak dalej tak pójdzie, to podłączy mi je pod kroplówkę, bo je odwadniam. Lekiem na wszystko miało być dokarmianie. Płakałam po każdym obchodzie, ale mocno postanowiłam zaufać swojej intuicji matki – nie dawałam sztucznego mleka, a tylko często przystawiałam synka do piersi.


Po powrocie do domu ból związany z karmieniem nie mijał, zaczęłam więc szukać informacji – pytałam mamę, teściową, koleżanki, szperałam w Internecie. Dowiedziałam się, że właściwie wszystkie kobiety to boli i… przejdzie. Niestety – wciąż nie przechodziło, a nawet było coraz gorzej. Brodawki zaczęły pękać i krwawić. Zaczęłam stosować maści, smarowałam się nimi, licząc na to, że w końcu znajdę złote lekarstwo na mój problem. Kolejnym ratunkiem miały być silikonowe kapturki – moje dziecko traktowało je jak smoczek, który dostało jeszcze w szpitalu („Proszę przywieźć mu z domu smoczek, będzie lepiej spał w nocy i nie będzie płakał”). Przy kapturkach doznałam jednak pewnej ulgi – nie bolało „aż tak bardzo”. Niestety, pomimo tego brodawki nadal nie chciały się zagoić, aż pewnego dnia mój synek zaczął zwracać mlekiem z krwią. Przeżyłam koszmar – bałam się, że szkodzę mojemu dziecku, że nie dam rady już dłużej karmić piersią. Płakałam przy karmieniu, żyłam w ciągłym lęku o to, że zaraz obudzi się dziecko i będzie chciało jeść, oglądałam w sklepie opakowania mleka modyfikowanego. Na razie jednak odstawiłam synka od tej piersi, która była w gorszym stanie. Karmiłam go na zmianę tylko jedną piersią oraz butelką z mlekiem odciągniętym z drugiej.


Szukając pomocy w Internecie znalazłam informację, iż problemy z karmieniem może generować zbyt krótkie wędzidełko podjęzykowe. Obejrzałam je dokładnie u mojego dziecka i stwierdziłam, że to może być to! Wybraliśmy się do lekarki rodzinnej, która nie miała na ten temat zdania, później do pani laryngolog – ta obejrzała i zdziwiła się, że dziecko w ogóle jest w stanie ssać. Kilka godzin później byliśmy już zapisani do laryngologa w szpitalu, który miał podciąć wędzidełko. Tydzień upłynął mi na odliczaniu dni do zabiegu, który miał ratować moje piersi. Gdy nadszedł w końcu nasz wielki dzień (mój synek miał już sześć tygodni), okazało się, że nie może obyć się bez problemów – lekarz stwierdził, że skoro dziecko się nie krztusi mlekiem, to nie ma potrzeby podcinania wędzidełka. Zabieg wykonał dopiero na moją wyraźną prośbę.


Nie liczyłam na to, że po tej niewielkiej ingerencji wszystko diametralnie się zmieni, ale nie zmieniło się także przez kolejne trzy tygodnie. W końcu poszłam po rozum do głowy – postanowiłam skonsultować się z doradcą laktacyjnym. Przemiła położna przyjechała do mnie do domu, obejrzała dziecko, moje brodawki i sprawdziła, jak wygląda ssanie. Szybko postawiła diagnozę – problemy prawdopodobnie były związane ze zbyt krótkim wędzidełkiem, ale już po podcięciu go synek nie nauczył się od nowa ssać i nadal prawie nie używał języka, a tylko zagryzał brodawki dziąsłami i wargami. Położna poleciła odstawić smoczek (ewentualnie dawać zamiast niego własny palec) i wykonywać z dzieckiem proste ćwiczenia. Mówiła, że – owszem – to normalne, że na początku karmienia brodawki mogą trochę boleć, ale nigdy nie mogą krwawić i że nie trwa to tyle czasu. Oszacowała, że po dwóch tygodniach powinno być już lepiej. Miała rację! Po trzech tygodniach zaczęłam żegnać się z koszmarnym bólem i nieśmiało myślałam o tym, że może kiedyś będę czerpać radość z karmienia synka piersią.


Dzisiaj – w dwa miesiące od tamtej chwili – mogę powiedzieć, że zaczynam być szczęśliwa z powodu karmienia piersią. Czasami jeszcze coś zaboli, jednak wiem, że najgorsze już za nami. Nie wiem, skąd miałam tyle siły, żeby walczyć ze wszystkimi przeciwnościami, ale teraz mogę być z siebie dumna i mam pewność, że zrobiłam wszystko, co w mojej mocy, żeby dać mojemu dziecku to, co mam najlepszego.

Magdalena, mama czteromiesięcznego Franka