Karmiąc piersią inaczej
Nie przewidywałam problemów z karmieniem. Szczerze mówiąc, temat karmienia rzadko pojawiał się w moich przedporodowych rozmyślaniach. Owszem, przeczytałam "Warto karmić piersią" Nehring - Gugulskiej, nawet spakowałam tę książkę do szpitalnej torby. Przez myśl mi jednak nie przeszło, że moje znakomite przygotowanie teoretyczne w połączeniu z naturalnymi instynktami może nie wystarczyć, by wykarmić dziecko. Bałam się porodu i pobytu w szpitalu - znając polskie realia wiedziałam, że nie będzie nawet w połowie tak naturalnie, jak bym chciała. Karmienia natomiast nie bałam się wcale - miało być dla mnie ostoją normalności i naturalności wśród zmedykalizowanych szpitalnych rygorów. Miało być naturalne, czyli - jak mi się wydawało - instynktowne i proste.
Poród był, niestety, jeszcze mniej naturalny niż przypuszczałam. Przedłużający się pobyt w szpitalu był koszmarem - zawinionym w pierwszej kolejności przez personel, a potem także przez moją psychikę, która jeszcze w wiele tygodni po opuszczeniu szpitala przedstawiała stan godny pożałowania. Byliśmy w szpitalu tydzień, przez pierwsze kilka dni Staś był z dala ode mnie, w inkubatorze; walczył z zachłystowym zapaleniem płuc. Prosiłam, by wołano mnie, gdy tylko się przebudzi. Wołano jednak bardzo rzadko, a gdy już dotarłam (pokonując 200 metrów korytarza i potworny ból zainfekowanej rany), bywało, że pielęgniarka mówiła np. "niepotrzebnie pani przychodziła, dałam mu glukozę, bo bardzo się domagał".
Staś był duży i silny, rozpaczliwie płakał i wierzgał przy próbach przystawiania go do piersi. "On już się nauczył butelki, trudno, teraz to go pani już do piersi nie przekona" - słyszałam. Płakaliśmy więc oboje, a po kolejnej nieudanej próbie przytulałam go i podawałam w końcu tę butelkę, starając się nie widzieć triumfującej miny pielęgniarki. Pomoc w przystawieniu do piersi polegała na wpychaniu mojego sutka w usta Dziecka. Jeden jedyny raz mały faktycznie zassał - w pozostałych przypadkach słyszałam coś w rodzaju "mały terrorysta już wybrał, czego chce". Odciągałam więc pokarm i podawałam butelką. Dałam się zakrzyczeć, ustawić - dziecko miało nie płakać, więc nie płakało. Ja płakałam ciszej i nie zakłócałam pielęgniarkom spokoju; nikt więc - poza mężem - się mną nie interesował. Na odchodnym usłyszałam "długo to pani tak nie pokarmi, tak się nie da dłużej niż miesiąc czy dwa".
Gdy wreszcie - w Wigilię, zresztą - przyjechaliśmy do domu, marzyłam tylko o tym, by zamknąć się w łazience i nigdy z niej nie wyjść. Macierzyństwo mnie przerosło i przytłoczyło. Działałam jak automat, byle przetrwać do wieczora, do południa, do rana, byle za dużo nie myśleć. Przewijanie i kąpanie wziął na siebie mąż, ja musiałam leżeć i się goić. Odciągałam pokarm i karmiłam małego butelką. Stopniowo robiło się coraz lepiej i spokojniej, powoli zaczynałam czuć się matką i dostrzegać sens w tym, że powierzono mi rolę tak absurdalnie niewspółmierną do moich umiejętności i sił psychicznych. Po kilku dniach poczułam się na tyle dobrze, że spróbowałam - już bez łez, nerwów i drżenia rąk - przystawić małego do piersi. Udało się. Zassał. Byłam ogromnie dumna z niego i z siebie. Nie było łatwo, potwornie mnie bolało, Staś dużo płakał, czasem mijał niemal kwadrans zanim udało mu się dobrze zassać. Ale daliśmy radę!
Sielanka trwała 5 tygodni - skończyła się wraz z kolejną wizytą u pediatry. Staś w ogóle (sic!) nie przybrał na wadze - mimo częstego karmienia, trwającego czasem nawet i godzinę. "Jak za tydzień nie przybierze, to dokarmiamy" - brzmiała rada pediatry. Załamałam się zupełnie. Zamarzyłam o tym, by ktoś udzielił mi błogosławieństwa na karmienie butelką i rozgrzeszył z braku wytrwałości i samozaparcia. Nie umiałam jednak samodzielnie podjąć takiej decyzji, nie potrafiłam sobie odpuścić. Jako ostatnią deskę ratunku zaprosiliśmy do domu konsultantkę laktacyjną. Orzekła, że Staś ma bardzo krótki język i niezwykle już zaburzoną technikę ssania. Pewnie gdyby od początku był karmiony piersią, krótki język nie przeszkodziłby mu się najadać - obecnie jednak nie umie już ssać efektywnie. Mogę spróbować SNSu (urządzenia polegającego na tym, że do sutka, który ssie dziecko, przykleja się miniaturową rurkę, przez którą leci mleko - dziecko wysysa jednocześnie mleko z piersi i z rurki), ale są niewielkie szanse, że Stach nauczy się ssać na tyle dobrze, bym mogła go wykarmić w pełni naturalnie.
Nie spróbowałam SNSu, miałam już dosyć. Miał też dosyć mój mąż - bo doszło do tego, że płakałam zarówno karmiąc (z bólu) jak i odciągając (z poczucia winy, że nie karmię piersią), a w przerwach także dlatego, że płakał (zapewne z głodu) Staś. Podjęliśmy decyzję, że wykarmimy dziecko butelką. "Wykarmimy", a nie "wykarmię", bo warunkiem powodzenia tego przedsięwzięcia była nasza ścisła współpraca. Dzień musiał być tak zaplanowany, bym w czasie drzemek Stasia mogła zająć się wyłącznie odciąganiem mleka. Postanowiliśmy sobie, że to nasze "karmienie piersią inaczej" nie będzie się odbywać kosztem kontaktu z dzieckiem – dlatego z czasem, gdy Staś zaczął drzemać rzadziej, mąż tak zorganizował sobie pracę, by w porze odciągania być w domu i móc zająć się synkiem. Staś zrobił się spokojniejszy, zaczął przybierać na wadze i lepiej spać. Ja odetchnęłam i uwierzyłam, że nawet nie podając dziecku piersi mogę być dobrą matką. Zaczęliśmy cieszyć się rodzicielstwem i bliskością, zamiast żyć w poczuciu ciągłej walki o przetrwanie.
Bardzo chciałam karmić dziecko piersią - może nawet chciałam tego za bardzo, kurczowo trzymając się przeświadczenia, że inaczej karmić nie wolno i wręcz nie wypada. Wyszło inaczej, niż chciałam - i do dziś nie umiem się pozbyć pewnego poczucia porażki, jakiegoś kompleksu niższości względem tych, które karmią dziecko "normalnie". Wiem jednak, że daliśmy naszemu dziecku wszystko, co byliśmy w stanie mu dać. Od dziecka karmionego piersią Staś różni się tylko tym, że pijąc mleko doświadczał bliskości nie tylko mamy, ale też i taty; nikt mnie nie przekona, że to gorzej. Po prostu: inaczej.
Ania, mama Stasia (14 miesięcy)
