Jak rodzi się ojciec

Gdy M. zobaczył dwie kreski na teście, widziałam w jego oczach radość mieszającą się z przerażeniem, że to już, że tak szybko się udało, że niedługo zupełnie zmieni się nasze życie. Wszystko, co dotychczas znane, przewróci się do góry nogami... Widziałam na jego twarzy tysiące pytań: czy damy radę? jakim będę ojcem? jak będzie wyglądało nasze życie? Stanęliśmy w punkcie, z którego praktycznie nie było już odwrotu. Inna rzecz, że wcale nie chcieliśmy zawracać. Mimo to baliśmy się tego nieznanego przed nami. M. chyba bardziej niż ja...


Kobieta najczęściej zupełnie naturalnie wczuwa się w rolę matki niemal od początku ciąży. No, powiedzmy od drugiego trymestru. Na początkowe mdłości i huśtawki nastrojów spuśćmy zasłonę milczenia...
M. był aniołem cierpliwości. Z czułością znosił moje wybuchy płaczu. Ze stoickim spokojem czekał, aż przejdzie mi napad złości (najczęściej pomagało rzucenie marchewką o podłogę...) Stopniowo też oswajał się z myślą, że będzie ojcem.
Mimo to wiedziałam, że jest mu dużo trudniej, niż mnie. To ja czułam rozwijające się we mnie życie, z całym dobrodziejstwem inwentarza. M. musiał nauczyć się je kochać z początku wirtualnie. To trudna miłość. Mimo to ogromnie ważna, bo zupełnie zmienia relacje w dwuosobowej dotychczas rodzinie. Do tej pory M. był dla mnie tylko mężem. Wraz z tymi dwiema kreseczkami M. stał się również ojcem mojego dziecka. To więź silniejsza niż małżeństwo... Postanowiłam więc zadbać o tę więź ze szczególnym pietyzmem. Chciałam mu pomóc odnaleźć w sobie miłość do tej małej istotki, którą nosiłam w sobie. Odnaleźć wewnętrzny spokój i przekonanie, że robi dobrze.


Nie było łatwo. Wszak mężczyźni, dopóki nie urodzi się dziecko, rzadko są zainteresowani sprawami z nim związanymi. No, chyba że sprawa dotyczy opróżnienia konta podczas zakupów wyprawki...
Ale byłam uparta – mistrzowsko wykorzystałam naturalną umiejętność kobiet. Po prostu mówiłam. Przy każdej niemal okazji, w każdej wolnej chwili. Czytałam na głos fragmenty książek i przekazywałam mu całą wiedzę, którą udało mi się zdobyć – o rozwoju ciąży, o porodzie, o karmieniu, o ewentualnych problemach, które mogą nastąpić, o tym co mogę robić, jak się zachowywać, co czuć... Mówiłam mu, że po porodzie zdarza się depresja, że mogę mieć awersję na jego dotyk. Przegadaliśmy wszystkie możliwe opcje porodu, wspólnie poszliśmy do szkoły rodzenia, wspólnie wybraliśmy szpital...
Od siódmego miesiąca ciąży M. regularnie czytał bajki Jaśkowi – do brzucha. Chciałam żeby Jaś oswoił się z głosem taty, nie bał się go, gdy już spotkają się po tej stronie brzucha... Początkowo oboje czuliśmy się dość surrealistycznie, ale szybko te nasze wieczorne seanse stały się wyczekiwanym rytuałem. Zamiast bajek czytaliśmy różne książki o porodzie, karmieniu i rozwoju dziecka. Chciałam jakoś uwiarygodnić to, co mu mówiłam (czasem do znudzenia).
Ale udało się. Mówią, że ojciec rodzi się razem z dzieckiem. M. jednak na długo przed porodem odnalazł w sobie tę iskierkę ojcowskiej miłości.


Dzielnie sekundował mi podczas porodu. W szpitalu (mimo protestów pielęgniarek...) nie spuszczał z Jasia oka. A potem usilnie przekonywał jedną ze świeżo upieczonych mam, że ma wystarczająco dużo pokarmu. Po powrocie do domu to on zajmował się Jasiem przez pierwsze dni, przewijał (długo jeszcze robił to dużo sprawniej ode mnie), ubierał, mył. To on pierwszy zawiązał Jasia w chuście. Wspierał i wspiera mnie dotąd w karmieniu piersią. Jest wielkim orędownikiem wspólnego spania (podkreśla, że pożycie małżeńskie na tym nie ucierpiało). Chętnie uczy też innych ojców wiązania chusty. A ja zawsze starałam się pamiętać, żeby ograniczyć babskie krytykanctwo i marudzenie pt. “ja zrobię lepiej”. Choć inna rzecz, że wielokrotnie to M. miałby pełne prawo tak mi powiedzieć...
Jest dla mnie prawdziwym partnerem, wsparciem i głosem rozsądku w chwilach zwątpienia. A dla Jasia – najwspanialszym ojcem. Pełnym pomysłów na szalone, radosne zabawy, kochającym, opiekuńczym i czułym. A jednocześnie konsekwentnym i stanowczym. Może dlatego obyliśmy się bez depresji poporodowej i innych poważnych problemów. Nasze życie natomiast wcale nie stanęło na głowie, wbrew wcześniejszym obawom. Nabrało jednak nowej jakości. Zmieniło się też kilka priorytetów. Poza tym żyjemy właściwie jak dotychczas. Bo nie chodzi, żeby dziecko przysłoniło nam świat, albo żyło w swoim, ale o to, by stało się jego częścią. Częścią NASZEGO wspólnego świata. Bo często to od nas, kobiet, zależy czy nie zatrzymamy dziecka tylko dla siebie i damy dojść do głosu ojcowskiej miłości...
 

Ania, mama Jasia (16 miesięcy)