Jak pomogło nam wspólne spanie
Od urodzenia Mały, wytulony i wypieszczony w dzień, przesypiał samodzielnie noce. Z początku we własnym łóżeczku, a po roku w swoim pokoju. Nigdy nie wykazywał zainteresowania naszym łóżkiem. Nie będąc zwolenniczką wspólnego spania, cieszyłam się, że nocna rozłąka tak naturalnie nam wychodzi.
Jednak, gdy Mały skończył półtora roczku, zaczął się budzić. Z początku raz albo dwa razy w nocy, wkrótce częściej i z płaczem, nierzadko trudnym do utulenia. Szybko doszły objawy buntu w dzień. Reszty dopełniło pojawienie się Braciszka. Zaczęły się trudności w wieczornym usypianiu i ciężkie noce, odmowa dziennej drzemki, płacz pod lodówką, gdy karmiłam Braciszka… A na koniec codzienne napady histerycznego, trwającego grubo ponad godzinę, płaczu. Noce i dni mijały nam w nerwowej atmosferze oczekiwania na kolejny atak. "To nie jest normalna sytuacja" – pomyślałam i zaczęłam szukać rozwiązania.
Szybko przypomniałam sobie o książce, którą kiedyś czytałam. Zainspirowana W głębi kontinuum Liedloff zaproponowałam, żeby Mały spał z nami, tak „terapeutycznie”.
Wbrew moim obawom, synek od razu zaakceptował nowe miejsce. Pierwszej nocy obudził się dwa razy z krzykiem. Upewniwszy się, że jesteśmy obok, zaraz zasnął. Kolejne noce były coraz lepsze. Dni również. Po tygodniu nie było śladu po buncie i zazdrości. Mogłam odetchnąć spokojnie, wróciła radość z opieki nad maluchami. Teraz mogę bez obaw nosić i długo karmić Braciszka. Mały, naładowany porządną dawką bliskości w nocy, jest spokojny w dzień i nie wymaga wiele uwagi. A my polubiliśmy wspólne spanie. Bardzo polubiliśmy. W przyszłości trzeba będzie pomyśleć o większym łóżku, na wypadek gdyby Braciszek chciał do nas dołączyć.

Ula,mama S. i B.
