Historia pewnego zawiniątka, czyli jak uczyłam się bliskości

Zawiniątko. Moja córka. Julia. Pielęgniarki i lekarka się zachwycają. A ja? Nie wiem… Jak ją przytulić? Jak nakarmić? Jak nam razem będzie? Takie myśli pojawiały się w mojej głowie, kiedy leżałam w szpitalu po cesarskim cięciu. Bardzo brakowało mi kogoś, kto pokazałby, jak ją trzymać, jak przystawić do piersi. A ona taka mała, taka krucha… Jeszcze w ciąży przeczytałam cały stos poradników dla rodziców. I co? I teraz jestem zupełnie bezradna. Wracamy do domu. Ona je i śpi, śpi i je… Przewijam, karmię (już wiem jak – to pewien postęp), przebieram ją, wychodzę na spacery…


Jestem mamą. Wspaniale odnalazłam się w nowej roli – tak przynajmniej twierdzą inni. Mogę być z siebie dumna. Dziecko prawie wcale nie płacze. Czasem tylko cicho kwili – w nocy, kiedy odkładam je do kołyski. Miałam nie odkładać. Córka miała spać z nami. Po trzech tygodniach zbieram się na odwagę i biorę ją do naszego małżeńskiego łoża (to słowo doskonale pasuje do wielkiego mebla, kupionego specjalnie dla naszej powiększonej rodziny). I co? Śpimy błogo wtulone w siebie? Nie. Prawie nie śpię. Leżę w półśnie. Co będzie, jak ją zgniotę? Albo niechcący przyduszę poduszką? Po trzech nocach nie daję rady. Jestem półżywa. Ona musi spać w kołysce.


Czas tak szybko mija. Znów próbuję wziąć ją na noc do naszego łóżka. Jest już nieco większa. Jeszcze nie umie się obrócić ani na bok, ani na brzuch. Układam ją dokładnie na środku materaca, pół metra od każdego z nas – żebyśmy jej nie zrobili krzywdy… Boję się przysunąć bliżej. Boję się bliskości…?


Mija kolejny miesiąc, a może nawet dwa... Patrzę na nią leżącą w wózku i zastanawiam się, gdzie jest ta osławiona więź łącząca matkę i dziecko. Nigdy bym tego nie powiedziała głośno. Właściwie nawet w myślach boję się ubrać w słowa to, co czuję. Ona zależy ode mnie – to pewne, ale czy ja aby na pewno ją kocham? Sumiennie się nią zajmuję, robię wszystko, czego nauczyłam się w szkole rodzenia, o czym czytałam w książkach… Ma piękne ubranka i zabawki. Ale miłość… gdzie jest ta słynna wielka matczyna miłość? Gdzie to, co najważniejsze? Czy ja nie umiem kochać własnego dziecka? Czuję strach… że sobie nie poradzę, że się nie sprawdzę. Coraz bardziej się gubię. Nie umiem znaleźć odpowiedzi.
W końcu w moje ręce trafia pewna książka. Kolejna książka. Tyle że inna niż pozostałe. Pochłaniam ją w ciągu dwóch wieczorów, ale czyta mi się ciężko. Nie czuję się z nią dobrze. Z tą książką jest mi niewygodnie. Uwiera. Tylko czemu? Czemu tak ją przeżywam, skoro miałam z niej t y l k o dowiedzieć się, jak postępować z moim dzieckiem. Chcąc nie chcąc, zaczynam rozmyślać nad własnym życiem. Autorka pisze o tym, jak ważna dla małego dziecka jest bliska więź z matką, z rodzicami. Jakie konsekwencje ma pozbawienie niemowlęcia tej bliskości… Zaraz. Ona pisze o m o i c h problemach. O b e c n y c h problemach. Brak bliskości rodziców we wczesnym dzieciństwie? Rozmawiam z mamą. Tak, pierwsze dziesięć dni życia spędziłam w łóżeczku na sali z innymi noworodkami. Tak – nie brała mnie na ręce, żeby nie uzależnić od siebie. Tak – płakałam, a ona nie reagowała. Bolało, ale tak ją uczono. Też czytała książki. Robiła to, co w nich zalecali. Chciała jak najlepiej. Kilka nie najlepszych wspomnień z późniejszego dzieciństwa. Czy jest sens do tego wracać? Liczy się jedno: żeby moja córka była szczęśliwsza. Niech Julia nie przerabia tych samych życiowych lekcji co ja. Boże, pomóż mi! Spraw, żebym zdołała dać jej tę bliskość – tę niezbędną bliskość, której mnie zabrakło.


Teraz przynajmniej wiem, dlaczego czuję to, co czuję, czy raczej nie czuję tego, co czuć powinnam. Nie! Tak nie może być! Ja się wszystkiego nauczę! Chciałoby się rzec: „Ja wam jeszcze pokażę!”. Trafiam w internecie na strony poświęcone Attachment Parenting (rodzicielstwu bliskości). Czytam i się uczę. Codziennie starannie odrabiam pracę domową. Noszę Julię w chuście. Przytulam. Podczas karmienia patrzę w jej piękne brązowe oczy. Kupuję książkę o masażu niemowląt, płytę z kołysankami, wierszyki… I pilnie zgłębiam zadany temat. Codziennie uczę się miłości. Czytam Julii na głos, śpiewam, tulę, masuję. Szybko okazuje się, że podczas karmienia w jej oczach nie ma tej pustki, która była w nich parę miesięcy temu, a której ja nawet nie dostrzegałam. Teraz Julia ufnie się we mnie wpatruje. Usypia przytulona. Patrzę na moją córkę. Śpi. Nie jest już taka krucha. Właściwie jest całkiem tłuściutka. A ja? A ja kocham ją całym sercem.


Książki? Książki mogę już sprzedać na aukcjach internetowych. Kołysanki zapamiętałam. Dziecięce masażyki? Codziennie czule głaszczę moją córeczkę i nie potrzebujemy już do tego wierszyków, opatrzonych uwagami w rodzaju „teraz uderzaj palcami w plecki malucha tak, jakby padał deszczyk”.
W nocy Julia śpi wtulona we mnie. Ufa mi. Sama też sobie ufam.

 

Gosia, mama 10-miesięcznej Julii